Piłka nożna to wyrzeczenia. Trzeba polubić pot i łzy (cz. 1)

A A A Pdf Print16x16 Mail16x16
Napisano dnia: 2017-07-09 19:15:41
Ostatnia aktualizacja dnia: 2017-10-10 09:49:54

KŁODZKOJeden z niewielu wychowanków Nysy Kłodzko, który wystąpił w pierwszej lidze piłkarskiej. W części pierwszej trener Mariusz Sobczyk opowiada o wadach i zaletach polskiej piłki, karierze piłkarskiej i początkach kariery trenerskiej.

 

Polska piłka rzeczywiście ma się lepiej?

- Jest lepiej, zwłaszcza jeżeli chodzi o szkolenie młodzieży. Z drugiej strony wielu piłkarzy występujących dziś w polskiej ekstraklasie nie miałoby czego szukać za moich czasów. Chodzi mi tutaj o przygotowanie techniczne. Motoryczność zawsze można wytrenować. Wystarczy cofnąć się w czasie i sprawdzić. Mistrzostwa Świata bez Polaków były wręcz niewyobrażalne. Graliśmy w nich co cztery lata. Później nastąpiło załamanie gospodarcze, które miało kluczowy wpływ na zatrzymanie rozwoju dyscypliny. Zakłady, które wspomagały kluby, z dnia na dzień przestały istnieć. Też tego doświadczyłem. Żyłem komfortowo. Byłem zawodowym piłkarzem oddelegowanym do pracy w kopalni, a właściwe będącym tam tylko na etacie i w jednej chwili stałem się bezrobotny. Nikt nie wiedział, co z nami zrobić. Trafiliśmy w próżnię. Dzisiaj piłka się zmieniła. Bardzo przyspieszyła, stała się dyscypliną atletyczną. Kiedyś można było się rozejrzeć, dłużej operować piłką, teraz gra jest dużo szybsza. Wymusza na piłkarzach bardzo dobre przygotowanie fizyczne i taktyczne. Uniwersalność zawodników jest bardzo istotna. Przepisy gry jednak chronią piłkarzy. Kiedyś wślizgi wyprostowanymi nogami były codziennością. Teraz to pewna czerwona kartka. Przepisy licencyjne dbają o jakość pracy w klubach. Z perspektywy czasu to dwa odrębne światy.


W ostatnich latach Polska zaliczyła duży skok organizacyjny. 

- Oczywiście, infrastruktura stale się poprawia, powstają kolejne akademie. Dobrą robotę robi prezes Boniek, który zreformował Polski Związek Piłki Nożnej. Mimo to piłka dziecięca i młodzieżowa nadal są niedofinansowane zarówno na poziomie samorządów lokalnych, jak i związków sportowych. Cały ciężar spoczywa na klubach, które nie zawsze sobie z tym radzą. Weźmy jednak pod uwagę Kłodzko. Zainteresowanie dzieci wciąż rośnie, boisk jednak nie przybywa, a te, którymi dysponujemy, są w nie najlepszym stanie. Warto by zainwestować w infrastrukturę. Więcej dzieci na boisku, mniej na ulicach i w różnego rodzaju poradniach. Takie to proste, że aż boli. Przecież większość tych najlepszych zawodników wcale nie wywodzi się z akademii wielkich klubów, a właśnie z małych miejscowości, gdzie pozwala im się na kreatywność, gdzie nie są osadzeni w pewnych ramach taktycznych, gdzie mogą podejmować ryzyko podczas gry. Trzeba stworzyć jednak warunki do uprawiania piłki nożnej. Za czasów mojego dzieciństwa, w obrębie samego stadionu były trzy boiska trawiaste. Teraz jest jedno... Mając 12-letniego syna, przyglądam się pracy w tych dużych akademiach i wcale się nie spieszę, żeby go tam oddać. Ci chłopcy są jak z kalki. Poruszają się tak samo, myślą tak samo, są do bólu przewidywalni. W mniejszych klubach trenowaniem zajmują się pasjonaci. Chwała im za to, bo pracują w trudnych warunkach. Do pracy z dziećmi i młodzieżą powinni  być zatrudniani wykwalifikowani trenerzy. Trenerzy, którzy powinni być bardzo dobrze opłacani i dla których byłoby to podstawowe źródło utrzymania. Piramida szkolenia powinna być najmocniejsza w swojej podstawie. Tam jest szansa wychwycić talenty. W przeciwnym wypadku będzie tak, jak teraz, a więc dziesięciu-piętnastu uzdolnionych zawodników w danym roczniku i to na poziomie reprezentacyjnym. Przykład Portugalii czy Hiszpanii pokazuje, że dzięki właściwemu szkoleniu można wystawić kilka równorzędnych reprezentacji i wszyscy zawodnicy przedstawiają równie wysoki poziom. Nie jesteśmy gorsi, ale potrzebujemy obiektów pozwalających na systematyczną pracę przez cały rok. Można oczywiście powiedzieć „Sorry, taki mamy klimat”.

 

Co składa się, pana zdaniem, na sukces?

- Talent to podstawa. Musi być jednak poparty pracą. Nikt mi nie powie, że można daleko zajść wyłącznie dzięki tytanicznej pracy. Talent to bowiem nie tylko umiejętności czysto techniczne, ale także zdolność przewidywania, przyswajania wiedzy taktycznej czy cechy charakteru, tj. determinacja, chęć do zmęczenia się. Piłka nożna to wyrzeczenia. Trzeba polubić pot i łzy. Z perspektywy czasu patrzę na to  inaczej. Chłopcy opuszczają treningi z różnych powodów. Wyjazd z rodzicami, urodziny kolegi, impreza klasowa itd. Dla mnie to działało w drugą stronę. Nie potrafiłem odmówić sobie udziału w treningu, aby pójść gdziekolwiek indziej. Nigdy nie były to dla mnie wyrzeczenia. Oddawałem się temu z pasją, zawsze na pierwszym planie była piłka. Staram się to zaszczepić u moich zawodników, ale niestety więcej jest porażek niż sukcesów. Ważna jest więc chęć, ale i szczęście, które najzwyczajniej w świecie trzeba mieć. Szczęście do trenerów, do omijania kontuzji, do podejmowania w danym momencie słusznych decyzji. W pewnym momencie młody zawodnik musi opuścić rodzinny dom, wyjechać do obcego miasta, gdzie musi się zaaklimatyzować. Do tego dochodzą obowiązki szkolne. Trzeba mieć również silną psychikę. Bo jeżeli celem młodego zawodnika jest tylko ten blichtr wokół piłki, czyli skóra, fura i komóra, to nie ma możliwości, by w przyszłości stał się zawodowym piłkarzem. Piłkę, by odnieść sukces, trzeba kochać. 


A więc jakim piłkarzem był Mariusz Sobczyk?

- Nie wypada o sobie mówić. Myślę, że należałoby spytać tych, którzy mieli ze mną styczność. Trafiłem na trudny okres, na przełom polityczny, w którym nie można było kontynuować zawodowej kariery. Gdy dla mnie rozpoczynał się najlepszy wiek dla piłkarza, czyli 27-28 lat, trzeba było pomyśleć o takich sprawach, jak utrzymanie rodziny, ukończenie studiów. W jednej chwili mój dotychczasowy świat runął jak domek z kart. Piłka zeszła na bok. Żal. Życie...


Górnik Wałbrzych, 1985 r., Ekstraklasa
Mariusz Sobczyk w dolnym rzędzie, trzeci z lewej


Mimo to grał pan we wszystkich sezonach Górnika Wałbrzych w najwyższej klasie rozgrywkowej. W sześciu sezonach (83/84-88/89) wystąpił pan w 108 meczach i zdobył 9 bramek.

- Transformacja ustrojowa przeszkodziła mi w tym, aby ta kariera wyglądała lepiej. Bardzo wcześnie rozpocząłem treningi z drużyną seniorów, będąc jeszcze uczniem szkoły i to szkoły dziennej, a nie wieczorowej, jak to wtedy często bywało. A wymagania w technikum energetycznym były bardzo wysokie. Jeszcze w klasie maturalnej zadebiutowałem, a to wiązało się z dużymi obciążeniami. Nauczyciele czytali prasę, oglądali telewizję i wiedzieli, że ja już tam jestem, że gram w pierwszej lidze. Różnie było. Pojawiała się zazdrość. Nic dobrego. Krótko mówiąc, nie miałem łatwo, ale to był mój świadomy wybór. Nie szedłem na łatwiznę. Co do liczby rozegranych spotkań, to mogło ich być znacznie więcej, ale aż cztery razy byłem w gipsie. Stawy skokowe na zmrożonych nierównych boiskach były niestety narażone na tego rodzaju urazy.


Na szersze wody wypłynął pan dzięki Nysie Kłodzko, której jest pan wychowankiem.

- Nysa Kłodzko to klub, któremu sporo zawdzięczam. To, jaki on jest, jak go postrzegamy, zależy od ludzi, którzy w nim są i pracują. Klub to osoby. Taką ważną osobą, a właściwie osobowością, był w tamtym czasie trener Babiński, który potrafił o nas zadbać. Pamiętam, jak woził w maluchu karton korkotrampków i jak ktoś nowy przychodził, to dawał mu „Stomile”. Dzisiaj brzmi to dość abstrakcyjnie, ale wówczas każdy się cieszył, że mógł pograć w nowych butach. Nauczył nas dużo, wychował kilku dobrych zawodników. Między innymi Czesia Zająca, Pawła Adamczyka. Ja stosunkowo szybko odszedłem do Wałbrzycha, gdzie trafiłem za sprawą trenera Panica.


Okrzyknięto pana nawet odkryciem trenera Horsta Panica.

- Trener Panic bardzo mocny nacisk kładł na trening ogólnorozwojowy, techniczny i koordynacyjny. Dla niego nie było możliwości, aby trening się nie odbył. Pamiętam do dzisiaj, jak spadło bardzo dużo śniegu, boisko zaśnieżone powyżej kolan i wszyscy byliśmy przekonani, że trening się nie odbędzie, a się odbył. Mało tego, trener wziął w nim czynny udział, wymyślając szereg ćwiczeń i zabaw. Potem trener Panic awansował z zespołem Górnika do pierwszej ligi i powoływał mnie na niektóre mecze, żebym zobaczył, jak  wygląda to od środka. Z czasem grałem coraz więcej, aż stałem się podstawowym zawodnikiem.


Górnik Wałbrzych, 1987 r., turniej w Legnicy
Mariusz Sobczyk w dolnym rzędzie, pierwszy z prawej


Z poważnym graniem skończył pan dość szybko, bo w wieku 30 lat.

- Głównym powodem było to, że KP Wałbrzych nie miał płynności finansowej. Niepewność  była trudna do zaakceptowania i na dłuższą metę pozbawiona sensu kontynuowania pseudozawodowstwa. Miałem za sobą występy w ekstraklasie i drugiej lidze. Uznałem, że nic więcej w tych warunkach nie osiągnę. Do tego doszła kontuzja zerwania mięśnia czworgłowego uda, którą bardzo późno zdiagnozowano. Teraz USG czy rezonans, to codzienność. Wtedy tego w sporcie brakowało. Często trenowaliśmy w spartańskich warunkach. Dzisiaj byłoby to nie do przyjęcia. Wielokrotnie zajęcia odbywały się w kopnym śniegu, na oblodzonym boisku i ze względu na to urazy wyłączające z treningów i gry zdarzały się zbyt często. Ta przygoda z piłką mnie nie rozpieszczała. Byłem regularnie powoływany na konsultacje do kadry Polski juniorów, zaliczyłem w niej kilka meczów i najprawdopodobniej pojechałbym na Mistrzostwa Europy do Finlandii, ale tuż przed wyjazdem wylądowałem z kolanem w gipsie i z wyjazdu nici. Pomimo tego tych występów na najwyższym poziomie uzbierało się dość sporo. Do tego dołożyłbym sezony w Górniku na zapleczu I ligi. Na koniec wróciłem jeszcze do KP Wałbrzych, który był takim kołem ratunkowym dla wałbrzyskiej piłki. Połączyły się dwa kluby z tradycjami - Górnik i Zagłębie, ale to wciąż było niedofinansowane. Zawodnikom płacono nieregularnie, aspiracji na awans nie było i stwierdziłem, że odchodzę. Pojawiła się jeszcze oferta z ówczesnego Miliardera Pniewy. Przebywałem tam na testach, trener Topolski był mną zainteresowany, ale klub chciał zbyt dużo i transfer na ostatniej prostej spalił na panewce. Pomyślałem, że jak mam się ciągle szarpać z działaczami o pieniądze, to nie ma to najmniejszego sensu. Byłem w radzie drużyny i czułem się odpowiedzialny za interes drużyny. Trudny okres. Oczekiwania co do poziomu gry były wysokie, a sprawy organizacyjno-finansowe to była kpina. Uznałem, że wystarczy i koniec. Nie zamierzałem jeździć po klubach i oferować swoje usługi. Wychodziłem z założenia, że jestem na tyle dobrym i doświadczonym zawodnikiem, że ktoś się na pewno zgłosi. Było to naiwne spojrzenie, bo tak nie było. I tak grałem w mniejszych klubach, w Dozamecie Nowa Sól, w Zjednoczonych Żarów, z którymi wywalczyłem awans do trzeciej ligi, aż w końcu wróciłem do Kłodzka. Skorzystałem z propozycji kłodzkiej Zetkamy z oddelegowaniem do pracy jako trener młodzieży. Na początku rozpocząłem zajęcia z grupą młodzików, a dopiero później poproszono mnie, abym tymczasowo zastąpił trenera Zbigniewa Markiewicza. Zgodziłem się, wymusiłem pewne zasady funkcjonowania zespołu i zmierzało to na tyle w dobrym kierunku, że trener Markiewicz wraz z ówczesnym prezesem klubu Ryszardem Klukiem poprosili, bym definitywnie objął zespół.

 

To był bardzo silny zespół.

- Gdy przyszedłem na pierwszy trening, to było może siedmiu chłopców, a w szatni unosiły się kłęby dymu od papierosów. Na moment wyszedłem, wróciłem z impetem i zapytałem, czy ja pomyliłem szatnie, czy tu są  sportowcy. I tak to się zaczęło. Później było już tylko lepiej. Ważną rolę odegrał tutaj mój pierwszy trener Babiński. Znalazł dziennik z nazwiskami zawodników, którzy grali u niego w przeszłości. Wielu chłopców, którzy z różnych przyczyn przestali trenować, wróciło do piłki. W pierwszym sezonie ledwie utrzymaliśmy się w klasie okręgowej, w drugim utrzymaliśmy bez problemu, a w trzecim walczyliśmy o awans do ligi dolnośląskiej. Tuż przed decydującym meczem z Polonią Świdnica, trener pierwszej drużyny Peterek zabrał do siebie czterech czy pięciu chłopców, a ja na kluczowy mecz pojechałem bez trzonu zespołu. Skończyło się tak, że nasza wieloletnia praca legła w gruzach. Następnego dnia poszedłem do dyrektora Zetkamy pana Mrożka i wręczyłem zwolnienie z pracy. On podarł to zwolnienie, ale ja powiedziałem, że nie widzę możliwości pracy w klubie, w którym nie szanuje się pracy. Mogliśmy awansować sportowo. Ja tak wiele wymagałem od tych chłopców i od siebie, że po tym, co się stało, nie mogłem być dalej ich trenerem. I tak właściwie zakończyła się moja przygoda z Nysą Kłodzko.


Później był epizod, notabene, w Polonii Świdnica.

- O pomoc poprosił mnie trener Panic. Nie mogłem odmówić. Miał naprawdę ciekawy zespół, który mógł osiągnąć bardzo dużo, ale nie potrafił ze sobą współpracować. Był na przykład Remek Jezierski, który później pograł sporo w ekstraklasie. Trener Panic  zostawiał zawodnikom swobodę gry. Tam roiło się od utalentowanych zawodników, ale nieukształtowanych. Chcieli wyeksponować przede wszystkim siebie, na czym tracił zespół.


I wtedy wylądował pan na Mazowszu. Jak do tego doszło?

- W międzyczasie utworzyłem szkółkę piłkarską Merkury Kłodzko i śmiało mogę powiedzieć, że na terenie ziemi kłodzkiej byłem pionierem. Natomiast Mazowsze, to zbieg okoliczności. W Polonii Świdnica grałem ze Zdziśkiem Piątkowskim, dobrej klasy bramkarzem, którego znałem jeszcze z czasów Górnika Wałbrzych.  Pewnego razu zapytał się mnie, czy nie zawiózłbym go do Warszawy, ponieważ ma szansę wziąć udział w testach. Na miejscu okazało się, że  tam znano moją przeszłość piłkarską i zaproponowano mi, abym też wystąpił w tym sparingu. Byłem zupełnie nieprzygotowany, nie miałem sprzętu, byłem po prostu kierowcą. Ostatecznie zagrałem. Zagrałem na tyle dobrze, że w Hutniku Warszawa zakotwiczyłem na dłużej.


Jak pan wspomina tę przygodę?

- Graliśmy w trzeciej lidzie. Sytuacja była jednak co najmniej dziwna, ponieważ odeszło bardzo dużo zawodników. W trakcie sezonu prezes Sobiecki poprosił mnie, abym został grającym trenerem. Z szacunku do trenera Wiśnika, który nas prowadził, nie zgodziłem się. Prezes zagroził, że nie wypłaci mi części kontraktu, ale dla mnie to nie był problem. Skoro zwolniłem się w ciągu dnia z Zetkamy, to i tutaj mogłem. Pieniądze zostały wypłacone na dachu samochodu, kiedy chciałem już wracać do Kłodzka. Po sezonie objąłem jednak zespół. Trener Wiśnik odszedł do II-ligowego Dolcanu Ząbki. Do dzisiaj jesteśmy przyjaciółmi. Zostałem z samymi młodzieżowcami, tylko ja zawyżałem średnią wieku, nikt nie dawał nam żadnych szans. Byliśmy na pierwszym miejscu i nieoczekiwanie zostałem zwolniony.

Rozmawiał
Maciej Pawłowski

Fot. Archiwum prywatne Krzysztofa Truszczyńskiego

 
Część druga rozmowy w najbliższą niedzielę.

Tagi

Komentarze:
AparatKibic*.as13285.net
Środa, 2017-09-20 00:51
Bez trzonu zespołu
Albo amnezja albo świadome kłamstwo. Seniorzy grali w sobote juniorzy w niedziele.
Dodaj komentarz
  • Studio27
  • Hover-dkl
  • Kotlina-dkl
  • 18741178_1693390047637392_1853228814_n
  • Enerson

najnowsze artykuły

Mini_pt-sztabowa1
Piątek, 2017-11-17
List_mini_pt-sadza2
Piątek, 2017-11-17
List_mini_pt-referendum
Piątek, 2017-11-17
List_mini_pt-ogolniak
Czwartek, 2017-11-16
List_mini_pt-mijanka
Czwartek, 2017-11-16
List_mini_pt-awoda1
Czwartek, 2017-11-16
List_mini_pt-napietnowany
Środa, 2017-11-15
List_mini_pt-samochodziarz
Środa, 2017-11-15
List_mini_pt-pastoralka1
Środa, 2017-11-15
List_mini_paryzanka-logo
Środa, 2017-11-15
polecamy
 
 






ZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapisz